Dotychczasowe konkurencje nie były łatwe, ale dzisiejsza przebiła chyba wszystkie. Problemy zaczęły się jeszcze przed otwarciem zegara - cień rzucany przez kowadła chmur Cb wytłumił termikę w rejonie lotniska i nie było jak utrzymać się w powietrzu, większość szybowców opadała powoli w noszeniach zbyt słabych, by utrzymać szybowiec. Część startowała ponownie. W dodatku w kierunku pierwszej strefy burze zamykały ostatnie przejście. Trzeba było szybko odchodzić,lecz nie było jak. W końcu znalazłem noszenie w pobliżu linii startu. Udało mi się wykręcić 1700m QNH, ok 300m niżej niż maksymalny pułap, ale zdecydowałem się z tego odejść - budujące się wszędzie burze pomagały podjąć decyzję. Kilkanaście kilometrów za linią startu zorientowałem się, że mój Ls nie doleci do chmur daleko z przodu. Zrobiłem zakręt o ponad 90topni i poleciałem nad Partizanskie - cóż, czasem trzeba się cofnąć by lecieć do przodu :) tam na szczęście znalazłem całkiem ładny komin oraz połączenie do strefy - zamiast z północnego wschodu dotarłem do niej z południowego wschodu, ale za to wysoko i bezpiecznie. Do drugiej dotarłem bez większych przeszkód, choć przebijałem opad deszczu - na szczęście po obu jego stronach były noszenia. W strefie również był metrowy komin, który pozwolił osiągnąć podstawę - około 2000m i przez kolejny opad dotarłem do lotniska. Na szczęście dolina Prievidzy już się odkryła i pomału zaczynała pracować. Kiedy dokręciłem w meterku do podstawy, komputer pokazał, że braknie około 500m do dolotu - pierwszy raz tego dnia uwierzyłem , że mogę osiągnąć metę. Ostatnia strefa była na północ - wcześniej były tam wielkie burze, jednak teraz świeciło słońce. Skałki Wielkiej Fatry tym razem nie zawiodły - pozwoliły dokręcić dolot i bezpieczny zapas - po 2,5h walki byłem w domu. Jak się okazało, niewielu standardom udało się dolecieć. Z pozostałych klas zadania nie ukończył nikt. Biedne cluby były na koniec dnia w tym samym rejonie co niedobitki standardów, jednak my lecieliśmy już do domu, a Cluby miały do zaliczenia jeszcze jedną strefę - na północ od Wielkiego Kriwania. Niewielu tam doleciało, a powrotu do domu stamtąd nie miał już nikt.
PJ
Dziś zadanie jakie dostaliśmy nie było wiele dłuższe od zadania Clubów - my mieliśmy 317km, cluby 302, z tym , że nasza trasa wiodła przez Czeskie Morawy, wokół TMA Zilina. Ten fakt okazał się kluczowy dla przebiegu konkurencji. Stałem w przedostatnim rzędzie, toteż jeszcze na ziemi dowiedziałem się, że podstawa wynosi ponad 2600QNH, noszenia zaś osiągają do 3m/s. Wydawało się, że przy takiej pogodzie prędkości jakie osiągniemy będę "kosmiczne". Początek trasy tak właśnie wyglądał. Bardzo szybki lot, niestety za Trencinem sytuacja stopniowo zaczęła się zmieniać. Zamiast spodziewanych 3m/s, było 2m/s. Niby nie najgorzej, tylko że w kierunku drugiego punktu zwrotnego nie było żadnych chmur. Nisko latające na tym kierunku szybowce nie wróżyły łatwej przeprawy. Wykręciłem pod ostatnią chmurą 2200m (podstawa tu już nie była tak wysoka jak nad lotniskiem) i z prędkością zbliżoną do optymalnej ruszyłem do punktu. 20km do PZ i potem ponad 30 z powrotem w kierunku chmur, gdzie na szczęście znalazłem komin. Stąd, po wykręceniu 2300m, kolejny podobny zygzak, gdyż trzeci punkt również leżał w tym rozległym atermicznym obszarze. tym razem 36km do PZ i 20 z powrotem - do pierwszego noszenia. Na szczęście udało się znaleźć komin już pod pierwszymi chmurami, bo do kolejnych mój zasięg był wątpliwy (zwłaszcza, że trzeba jeszcze pamiętać o zasięgu do pola, w razie, gdyby jednak nie udało się nic znaleźć). Od tego momentu poszło już dość gładko. Jedynym problemem była chmura, która miała dać dobry komin dolotowy, a dała meterek. Na szczęście brakło około 200m, więc wiele czasu pod nią nie straciłem, tyle, że dolot z taką nastawą był dość powolny.
Cluby miały nieco więcej szczęścia - ich PZ na zachodzie był na granicy obszaru z chmurami i obszaru wypłukanego z nich. Większość trasy wiodła po w miarę dobrych warunkach, w efekcie na podobnej trasie Cirrusy i inne "gazety" zrobiły takie same prędkości, co szybkie, obciążone niemal 200l wody standardy :)
pj
Po raz kolejny ponad 35 stopni ciepła. Śmiało można zrobić jajecznice na gridzie. Takie upały przyniosły dzisiaj lokalne burze. Na szczęście były one bardzo małe i słabo aktywne. Szybko się rozpadały. Cała sztuka polegała na tym, żeby nie trafić w miejsce tej burzy a zwłaszcza w okresie po jej rozpadzie. Tym razem obszarówka z czasem obloty 3h. Przy tak zmiennej pogodzie najtrudniej wybrać moment nawrotki w strefie. Ciężko przewidzieć na 1h do przodu czy w danym rejonie będzie burza czy też nie. Pierwszą nawrotkę na Niskich Tatrach zrobiłem w środku okręgu, można polecieć było trochę dalej ale wyszedł by duży rogal. Wszystko po trasie układało się jak powinno. Łapałem dobre kominy, prędkość po nawrotce z drugiej strefy wynosiła 100km/h i dalej niespodzianka ostatnia strefa została wypłukana przez rozpadnietą burzę. Za Krywaniem duży obszar zacienionej ziemi. Wykręciłem jeszcze na słońcu 2000 metrów i poleciałem pod ciemne chmury w rejonie Dolnego Kubina. Dawały one tylko delikatne podtrzymania. Wleciałem pod południowy skraj strefy tak jak układały się rozmyjce. Żadna chmura już niestety nie pracowała. Pozostał powrót na słonce w miejsce wcześniejszego komina. Mimo że na nawrotce czas pokazywał, że będę punktualnie, wiedziałem że trochę zabraknie, ale dalszy lot pod ciemnym był mocno ryzykowny. Na koniec dolotu ułożył się jeszcze chmury na 20 kilometrze przed metą, które dodatkowo przyśpieszyły i zjadły kolejne minuty. Zabrakło informacji o warunkach za i nad Kriwaniem w momencie lotu w drugiej strefie, którą śmiało można było trochę wydłużyć.
LD
Czekałem na ten dzień... Już się przyzwyczaiłem, że coś się sypie w jednej z konkurencji a dzisiaj posypało się i to bardzo. Do pierwszego punktu szło nawet sprawnie. Leciałem dosyć wysoko. Po punkcie w rejonie na południe od Ruzemberoku nie złapałem dobrego komina i zjechałem do ziemi. I właściwie po ziemi jechałem do samego lotniska. Nie mogłem wdrapać się nad grzbiety. Widziałam nad sobą chmury , ale i granie wyżej ode mnie, z których kształtowały się kominy. Tam gdzie powinienem wykręcić podstawę, żeby wlecieć nad kolejne pasma wysoko nic nie znajdywałem. Latałem nisko i wolno. Zatrzymał mnie również Krywań a na dolocie spłynąłem w dolinę ratując się w 0,3na 300 AGL. Nad górkami były chmury, ale dla tych co latali wysoko,
Już początek dnia zapowiadał kłopoty - starty ziemne długo były opóźniane, sonda (duo discus bez wody...) ledwie trzymała się w powietrzu, a nam skrócono zadanie już na gridzie. Po starcie nie yło za ciekawie. Noszenia słabiutkie, rzadko kiedy trafiało się coś ponad metr, ledwie udawało się dokręcić do 1500QNH, czyli niecałe 1300 nad lotnisko - tutaj w górkach to naprawdę niewiele. Udało nam się na szczęcie w kilkanaście szybowców przeskoczyć na drugą stronę Vtacznika, gdzie tworzył się całkiem ładny cumulus. Dawał niewiele ponad metr noszenia, ale zdobywaliśmy tam kolejne setki metrów, obserwując, jak reszta szybowców męczy się w parterze nad lotniskiem. Wiele było ponownych startów ziemnych tego dnia. W końcu osiągnęliśmy ponad 2000QNH i z tego odeszliśmy na trasę. Z tej wysokości bez problemu opadliśmy szybko szybowce, które odchodziły wcześniej, ale dużo niżej. Począte trasy był jednak niełatwy. Łapaliśmy jakieś meterki, aż w końcu przeskoczyliśmy do doliny rozciągającej się na południeod niskich Tatr. Tam zaczęła się jazda - podstawa 2700, noszenia niemal 3metrowe i szlaki. Niestety od 20km przed punktem zwrotnym chmury się skończyły, a punkt - Kralova Hora na niemal 2000m.... na szczęście pod ostatnią chmurą udało się wykręcić 2700m i dolecieć nad szczytem do punktu. Ci, którym się to nie udało już tuaj mieli spore problemy. Punkt zaliczyliśmy około 16 godziny, a do przelecenia było jeszcze ponad 200km. Pogoda niestety zaczęła się komplikować. Po punkcie trafiliśmy co prawda bardzo silny komin, ale do drugiego musieliśmy już dolecieć z wysokosci w nim zdobytej. Chmury zaczęły się rozlewać i nie bardzo chciały nosić. Po zaliczeniu kolejnej górki, tym razem na południe od niskich Tatr, ruszyliśmy na północ, do ostatniego punktu. Wydawało mi się, że nie przeskoczę już pasma Niskich Tatr, ale na szczęście na Chochuli, na słońcu trafiłem 2 metry. Wykręciłem 2700 i poleciałem w obszar zupełnie już atermiczny. Dotarłem do pasma małej fatry nie trafiwszy żadnego noszenia. Tam w jakiś bąblach latałem chwilę z Niemcami i Sebastianem, któregu dogoniłem. Tutaj też popełniłem bardzo kosztowny błąd - zamiast zaryzykoać lot do punktu - kórym była Kubinska Hola - szczyt całkiem wysoki do zdobycia jak na tę godzinę i warunki, poleciałem na północ pod chmury. Zrobiłem to jednak po zbyt długim wyczekiwaniu nad Fatrą i nie zdołałem wykręcić więcej niż 2000m. Z odległości 17km było to zbyt mało, by zaliczyć PZ - udało się tylko wlecieć w strefę za 50 punktów karnych. Mało tego - było też już za późno, by w tym rejonie znaleźć jakikolwiek komin. Z trudem wydostałem się z doliny Dolnego Kubina do doliny Martina. Liczyłem na to, że Mała Fatra jeszcze "wyprodukuje" jakiś komin, niestety, nic z tego. Z minimalnym zapasem wysokości udało mi się dolecieć do lotniska w Martinie, gdzie zakończyłem mój lot. Niestety 20 zawodników ukończyło zadanie, więc straty punktowe bardzo duże...
Dzień 4
Na początek należy zwrócić uwagę, że konkurencja dla klasy standard w dniu dzisiejszym została odwołana. Powodem był wypadek jednego z pilotów klasy standard. Był to pilot z Rosji. Więcej informacji co do przyczyn wypadku być może poznamy jutro... Jutrzejsze konkurencje są również odwołane.
Wyłożona została trasa długości 309 kilometrów. Prognozy wskazywały na to, że z biegiem dnia cumulusy będą zanikały. W rejonie Prievidzy po odczepieniu z trudem można było znaleźć komin o wartości 1m/s. Zanim po wyczepieniu osiągnąłem maksymalną podstawę – 1600 metrów straciłem 30 minut czasu. Niezbyt silne noszenia, możliwość wystąpienia termiki bezchmurnej w późniejszym okresie, sprawiły, że podjąłem decyzje o wczesnym odejściu. Na dolinie w stronę pierwszej strefy ułożyło się pasmo konwergencji. Maksymalne noszenia jakie można było tam znaleźć osiągały wartość 2 m/s . Dużo podkrętek spowalniało lot. Pierwszy komin rzędu 3m/s złapałem dopiero na grzbietach Vielkiego Krivania. Cumulusów było jak na lekarstwo, wymuszało to długie przeskoki ze stratą 500 metrów. Szybki bok miałem w strone Niższych Tatr w kluczowych momentach znajdowałem bardzo dobre kominy. Jeden przed samym punktem, który znajdował się na wysokości 1700 metrów, drugi przed polem bezchmurnej. Wszystko układało się jak należy, aż do momentu przeskoku na zachód przez rozległa dolinę przy Dubnicy. cumulusy umiejscowiły się w rejonie punktu. Na nieszczęście ich i rozwój już się zakończył. Do tego podkuszony krążącymi szybowcami zignorowałem jeden komin, w którym został Tomek. Szybko zrobiła się przewaga wysokości. Ja byłem nisko a do tego miałem do przeskoczenia z powrotem dolinę a nad nią pozostawało bezchmurne niebo. Wleciałem tam za nisko, żeby beż stresu posuwać się do przodu w razie nie trafienia dobrego komina. Straciłem sporo czasu zanim osiągnąłem wysokość dolotową. Jeden komin przesądził o dobrym wyniku..
LD.
Ranek nie zapowiadał zbyt dobrej pogody. Sporo średniego i niskiego zachmurzenia, raczej bez wyraźnej perspektywy na poprawę. Task setter wyłożył jednak trasę – mniej więcej podobną obszarówkę dla wszystkich klas – jedna strefa na północ, w rejonie Małej Fatry, druga na południe, w w rejonie Tribcia i Partizanskich. Organizator liczył, że uda nam się oblecieć zadanie podpierając się żaglem – wiatr był silny, około 35km/h, niestety północny, co nie jest zbyt korzystnym kierunkiem w rejonie lotniska. Na szczęście, gdy wystartowaliśmy zaczęła się budzić termika w rejonie lotniska. Odszedłem jako jeden z pierwszych. Z wysokości którą miałem osiągnąłem cumulusy przed Klakiem, gdzie podkręciłem nieco wysokości i przeleciałem na nawietrzną stronę Klaka. Tam, zgodnie z oczekiwaniami, trafiłem silny żagiel. Wykorzystując już tylko noszenia zboczowe ruszyłem na północ w kierunku Wielkiej Luki. Póki co leciałem sam i nie byłem zbyt pewny, czy na kolejnych wybieranych przeze mnie zboczach żagiel będzie pracować – doświadczenie zdobyte w tym roku w Alpach jednak procentowało i bez problemu zdobywałem kolejne kilometry. Następnie przeskoczyłem na Fatrę Kriwańską - zbocze idealnie wystawione do wiatru. Na tak mocnym żaglu jak tam jeszcze nie latałem :) Na końcu Fatry dogonił mnie Sebastian, który, jak na górala przystało, leciał na żaglu znacznie pewniej i szybciej niż ja. Sebastian wymyślił jeszcze skok na kolejne pasmo w kierunku jeziora Orawskiego. Z tego pasma zawróciliśmy i również na żaglu polecieliśmy z powrotem. Komin kręciłem dopiero na południe od Klaka. Niestety urwał mi się nim zdołałem dolot wykręcić – brakło może 200m. Rozpadające się cumulusy nie dawały noszeń, więc pozostał mi lot na Vtacnik, a właściwie małe wzgórza u jego podnóży, i wyesowanie dolotu na żaglu. Straciłem tym nieco czasu, ale przynajmniej pewnie doleciałem do lotniska.
pj
Znajdujemy się pod wpływem mas niżowych, w związku z czym nad nasz rejon górą zarzucane jest średnie pokrycie. O tyle jest dobrze, że te masy są mocno chwiejne i wystarczy niewielka operacja słońca, żeby pod nimi powstały cumulusy. Średnie pokrycie altocumulusem spływało do nas z północnego zachodu i w rejonie Klaka się rozpuszczało, dzięki czemu nad lotniskiem wytworzyła się dziura i pod nią wyskoczyły cumulusy o podstawach 1300 metrów. W tak dynamicznie zmieniającej się masie 'task setter' wyłożył kolejną obszarówkę z czasem oblotu 2h. Starty zaczęły się o 11 45 co umożliwiało duży manewr czasu odejścia. Postanowiłem odczekać z odejściem na tyle długo, żeby odkryło drugą strefę, która przez dłuższy czas było zasłonięta altocumulusem. W rejonie lotniska udało mi się nawet nawiązać kontakt z falą i wyjść 300 metrów ponad podstawy. Była to tylko nic nie dająca zabawa, gdyż to małe pole falowe znajdowało się za daleko od linii odejścia. W rezultacie na trasę ruszyłem spod cumulusów z 1300, ale pod szlakiem cumulusów prowadzącym do Klaka, Tam chmury straciły na swojej wyrazistości i przestały nosić. Po spenetrowaniu dwóch ciemnych chmur i nie nawiązaniu kontaktu z termiką, jedynym rozsądnym wyjściem było zawrócić w stronę drugiej strefy w kierunku słońca, Nisko nad grzbietami z 700 metrów wygrzebywałem się na wysokość zapewniającą osiągniecie drugiej strefy. Ciągle nisko doleciałem do granic Vtacznika, nad którym szczęśliwie pracował komin dnia rzędu 2,5 m/s. Wychodziło, że należy przelecieć co najmniej 20km, żeby nie przylecieć przed minimalnym czasem. A to znaczyło przeskok dalej pod cumulusu w stronę Złotych Morawców. Niestety nie znalazłem tam komina, który mogłyby zapewnić szybki powrót. Powrót nad górkami przebiegał na wysokości rzędu 300 metrów nad teren W drodze do Vtacznika udało mi się zabrać w lepszych bąblach, i zyskać 200 metrów w porównaniu z równo ze mną lecącym Tomkiem. Wszedłem na Vtacznik wystarczająco wysoko i żagiel wydmuchał mnie szybko na wysokość dolotową. Tomek z wysokości choinek zabrał się na żagiel i udało mu się dolecieć. Z mojej perspektywy czyli z 700 metrów wyglądał jak mały punkt który w locie po prostej przyziemi zaraz po odwinięciu z gór.
LD

Pierwszy dzień zawodów przywitał upalnym porankiem i przedpołudniem. Pogoda była trudna do przewidzenia, choć zdawało się, że nie bedzie zbyt mocna. Każda z dostępnych prognoz dawała coś innego. Naszym zadaniem na dzś była "obszarówka" z czasem oblotu 2,5h . Organizator przesuwał kilkakrotnie starty ziemne. Kiedy znalazłem się w powietrzu, okazało się, że nawet wykręcenie wysokosci do odejścia nie jest łatwym zadaniem. W końcu otwarto start, gdy zdecydowaliśmy, że to już czas na odejście byłem około 300m poniżej podstawy - wszystkie chmury w rejonie punktu jednak posypały się i nie było innego wyjścia jak odejsć z tej wysokości. Sebastian poszedł nieco wyżej. Początek był bardzo powolny, przed Wielką Fatrą zatrzymywaliśmy się dwa, czy trzy razy w słabszych noszeniach, żeby podreperować wysokość. Gdy tylko weszliśmy nad Wielką Fatrę sytuacja zmieniła się diamteralnie - wysokie podstawy i całkiem mocne noszenia pozwoliły na znaczne przyspieszenie. Sebastian, który był wciąż wyżej ode mnie po minięciu wieliego Kriwania skoczył pod szlak w kierunku Pilska. Ja zdecdowałem zawrócić wcześniej i odtąd obaj lecieliśmy niezależnie. Dotarłem do końca drugiej stefy, który znajdował się już w Czechach. Stąd całkiem dobrze pracujacy szlak pozwolił pokonać bez większych przezkód klkadziesiąt kilometrów do Ziliny i dalej do pasma Małej Fatry, nieco na południe od Wielkiej Luki. Ostatnia strefa była w rejone Wielkiej Fatry i Niskich Tatr, więc musiałem przeskoczyć w poprzek całą doline Martina. Ta jak zwykle nie dawała żadnych noszeń, na szczęście udało mi się wlecieć ponad grzbiety Wielkiej Fatry, gdzie znalazłem bardzo dobry komin - 2,5m/s. Właściwie stąd pownieniem bez przeszkód już zaliczyć ostatnią strefę i dolecieć na lotnisko, niestety trochę problemów sprawiało moje "lusterko", które nie chciało dobrze policzyć czasu dolotu do mety i potrzebnej wysokosci. Skutek tego był taki, że zawróciłem niecoza daleko w ostatniej strefie i zamiast gnać szybko do mety, musiałem lecieć bardzo powoli (około 140km/h) i ratować się kółkami w słabych meterkach. Na szczęście udało się dolecieć do lotniska nie tracąc zbyt wiele cennego czasu.
Jutro wielkie rozpoczęcie i dzień bez latania, dlatego każdy z polskiej drużyny oderwał się od ziemi. Wszystko już jest prawie dopięte na ostatni guzik, jedynie jeszcze muszę zamontować świeżo zakupione muchołapki. Temperatura podobna do wczorajszej i ciągle istnieje możliwość wystąpienia burz w rejonie Niskich Tatr. W związku za tym na zadaniu dnia kolejna obszarówka z czasem oblotu 3 godziny. Pierwszy dosyć duży obszar w kształcie cylindra na południe od Niskich Tatr za Bańska Bystrzycą. W tym obszarze pogoda była zdecydowanie najgorsza, z nadzieją, że w drugiej strefie będzie lepiej wleciałem w nią bardzo płytko. Po szczytach Wielkiej Fatry leciało się bardzo komfortowo. Silne noszenia i podstawa ponad 2000 metrów sprawiały, że lot zaczął nabierać odpowiedniego tempa. Na lusterku zaczęło wychodzić, że muszę wlecieć pod sam koniec drugiej strefy, aby nie przylecieć przed czasem 3 godzin. Na szczęście za Wielkim Krywaniem ułożył się piękny szlak pod same Pilsko. Pod jedną chmurą uśredniacz wskazał 4,9 m/s. Ostatnia strefa była na południowy zachód od Prievidzy,.Więcej płaskiego i niskich gór sprawiło ze cumulusy w niej były małe i nie nosiły rewelacyjnie. Musiałem wlecieć co najmniej do środka tej strefy i wtedy dopiero zawrócić. Trochę prędkość spadła, ale wyjścia nie miałem. Prędkość 95km/h i 288 kilometrów przelecianych. Był to najlepszy dzień podczas całego treningu. Od 4 zaczynają się wyścigi, nastroje są bojowe.
Masy ciepłego wyżu nie ustępują. Już w kwietniu przypuszczaliśmy, że może przyjść nam latać w burzowych pogodach i się nie pomyliliśmy. Dzisiaj największe prawdopodobieństwo wystąpienia burz zgodnie z naszymi prognozami obejmowało rejon na północ od Prievidzy. Poranne, szybko budujące się cumulusy pozwalały przypuszczać, że ich rozwój będzie znacznie intensywniejszy niż w dniu poprzednim. Za to na odprawie wiało optymizmem i też optymistyczną trasę otrzymaliśmy. Trzy i pół godzinna obszarówka, z pierwszym obszarem oddalonym od lotniska o 96 kilometry, nie wróżyła spokojnego lotu. Z początku wszystko wskazywało, że burze pokrzyżują nam szyki i zagrodzą dostęp do strefy na północy. Postanowiłem odejść niedługo po otwarciu zegara. Cumulusy już były wyraziste i bez problemu łapałem pod nimi 3 metrowe noszenia. Problem zaczął się w okolicy Wielkiego Krivania, gdyż za nim stanęła mała burza z opadem. Przed ścianą deszczu wykręciłem 1900 metrów i skrajem rozlewającej się górą chmury poleciałem 20 kilometrów na wschód, aby zaliczyć południową część strefy. Długi przeskok do tego w opadzie deszczu sprowadził mnie do „parteru”. Nad Ruzemberokiem, od zakładów w mieście oderwał się solidny komin. Na 1000 metrów i z wskazówką wariometru zatrzymaną na 3 metrach odetchnąłem z ulgą. Spod podstawy wykonałem przeskok nad szczyty Wielkiej Fatry, której zbocza sprawnie prowadziły mnie w kierunku drugiej strefy. Nawrotka w środku strefy i powrót na północ tym razem po Małej Fatrze. Za Wielka Luka zaczęła się bezchmurna odleciałem ile mogłem z ostatniego cumulusa aby być ciągle w jego zasięgu i zawrócił spokojnie do lotniska.
LD
Po niewielkich perturbacjach przedwyjazdowych w końcu, w poniedziałek popołudniu, dotarliśmy do Prievidzy. Oczywiście
pierwsze kroki skierowaliśmy do wynajętego na czas mistrzostw domku campingowego. Tutaj miła niespodzianka - domek wygląda
lepiej niż an zdjęciach. Jest przestronny, całkiem wygodny i pachnie nowością. W domku zamieszkuje młodsza połowa ekipy,
czyli Leszek Duda, Jędrek Skłodowski i piszący te słowa Piotrek Jarysz, oczywiście wszyscy wraz z pomocnikami: Alą -
dziewczyną Leszka, Alą - Dziewczyna Jędrka i Jackiem Grytką - moim pomocnikiem.
Pierwszym dniem lotnym był dla nas wtorek. Tak naprawdę tylko dla mnie, gdyż Leszek nie zdążył osiągnąć gotowości bojowej , a
Jędrek jeszcze nie dotarł. Tomek Krok, Mikołaj Zdun Sebastian Kawa zaplanowali przyjazd dopiero na drugą połowę tygodnia
treningowego.
Starty rozpoczęły się dość późno, w dodatku na gridzie panował mały nieporządek,a holówek było na początku tylko kilka. W
związku z tym starty się troszkę przeciągały. W końcu udało mi się oderwać od ziemi około godziny 14. Na początek poleciałem
na północ, spotykając kilka innych szybowców, które również postanowiły sprawdzić pierwszy bok wyłożonego zadania
treningowego (niewspółmiernie długiego do warunków termicznych i pory dnia, al nikt się tym nie przejmował - w końcu to tylko
trening). Do Wielkiego Krivania na Małej Fatrze leciało się nawet całkiem nieźle i szybko, ale dalej na północny wschód było
całkowicie bezchmurnie i postanowiłem zawrócić w kierunku Wielkiej Fatry i Niskich Tatr, by nie pakować się w niepotrzebne
kłopoty i ewentualne pole już w czasie treningu. Niestety całkiem ładnie wyglądające chmury w rejonie, do którego poleciałem
były całkiem kiepskie i już po chwili, chcąc nie chcąc, wpakowałem się w kłopoty - początkowo małe. Pierwszy atak na Niskie
Tatry od strony północnej zakończył się "spłynięciem" na wysokość około 800m nad doliną Rużomberoka. Udało się wykręcić
wysokość i kolejny atak skończył się znów powrotem nad Ruzomberok, tym razem na wysokość niecałych 200m nad lotnisko w
Ruzomberoku. Tam spędziłem całkiem sporo czasu, tracąc już nadzieję na powrót na lotnisko. W końcu jednak udało się odzyskać
wysokość i nieco okrężną drogą, zachodnią stroną Wielkiej Fatry wrócić do Prievidzy.

Kolejny dzień, według prognoz, miał być burzowy, przynajmniej na wschodzie - tam, gdzie wyłożone zostały strefy kolejnej
konkurencji treningowej. Tym razem więcej szybowców ruszyło na wyznaczoną trasę. Po troszkę słabszym początku trafiliśmy na
wałek burzowy prowadzący do pierwszej strefy. Strefa leżała na wschód od Bańskiej Bystrzycy - całkiem nowy dla mnie rejon,
gdyż znajdujący się pod strefą TMA Sliać - najczęściej zamkniętym dla nas obszarem. Potem lot na północ wzdłuż coraz mocniej
rozbudowującej się nad Niskimi Tatrami burzy. Oczywiście udało się znaleźć zarówno pięciometrowe noszenia, jak też opady
deszczu i całkiem spore duszenia. Zaliczenie drugiej strefy nie sprawiło żadnych problemów, natomiast trzecia nie wyglądała
za ciekawie. Z daleka wydawało się, że cała jest już w coraz bardziej aktywnej burzy. Jak się później okazało, burza ta
zajmowała około 1/3 terytorium Słowacji. Na szczęście okazało się, ze skraj strefy znajduje się dosłownie tuż przed ogromnym
Cumulonimbusem i lotem na maksymalnej doskonałości udało się ją zahaczyć i wrócić do wciąż pracujących Cumulusów nad Wielką
Fatrą. Po powrocie w rejon lotniska, zamiast lotu do linii mety, wybrałem opcję "zwiedzania" rejonu na południowy wschód od
lotniska. Całkiem fajny szlak wyciągnął mnie około 60km w tym kierunku. Niestety na drogę powrotną go już nie starczyło.
Pojawiły się za to dochodzące do 7m/s duszenia, które błyskawicznie pozbawiły mnie wysokości i zmusiły do rozglądania za
polem do lądowania. Szczęśliwie jednak znalazłem w końcu noszenie pod rozsypującą się już chmurą i zdołałem wrócić na kolację
do Prievidzy.
pj