Ostatnia konkurencja zawodów. Obszarówka z czasem oblotu 3 15. Największą niespodzianką w dniu dzisiejszym była szybkość w jakim następowały zmiany pogody. Niektórzy w jednym rejonie zgłaszali silne noszenia i szlaki kiedy 30 minut później śladu po nich nie było, albo z Cu pozostały tylko porozlewane górą chmury. Należało trafić w odpowiednią fazę w odpowiednim rejonie. Co było raczej pewna loterią niż zaplanowanym działaniem.
Zawody dobiegły końca. Były to zawody z największa liczbą konkurencji w jakich brałem udział. Przeleciałem ponad 5000 kilometrów i wylatałem ponad 70 godzin. W ogólnej punktacji uzyskałem 10886 punktów. Pozwoliło mi to zająć 5 miejsce.
Dla klasy standard wyłożona została pięćsetka. Pogoda zapowiada się na bezproblemową, 3/8 Cu, możliwość szlaków noszenia ponad 2 m/s. Klasa standard w odróżnieniu od reszty klas leci daleko w Polskę. Niektóre prognozy dawały w tym obszarze możliwość wystąpienia termiki bezchmurnej. Ale jak się okazało spotkaliśmy tam najlepszą pogodę. Podstawy dochodziły do 1700metrów a noszenia przekraczały 3 m/s. Największym problemem były lokalne dziury układające się po trasę do pierwszego punktu i w rejonie jeziora Śniardwy. Odszedłem jako jeden z ostatnich pilotów i w niepewnym rejonie przed pierwszym punktem udało się dogonić grupę szybowców. Końcówka bez większych postojów.
Dzień wcześniej prognozy były nad wyraz optymistyczne na dzień dzisiejszy. Ranek i prognozy meteo rozwiały nadzieje na mega długą wyścigówkę. Meteorolog przewidywał nawet wystąpienie opadów w rejonie na południe od lotniska i towarzyszące nam średnie pokrycie. Kolejny raz obszarówka z czasem oblotu 3 godziny. Na niebie było dużo cumulusów i mimo, że wielu pilotów obrało różne warianty oblotu obszarów prędkości na trasie były porównywalne.
Pełne pokrycie przywitało z rana pilotów. W ciągu dnia miodu nie będzie, przez cały dzień ma nam towarzyszyć górne pokrycie, niska podstawa i słabe noszenia. Dla wszystkich klas została wyłożona obszarówka z czasem obloty dla klasy standard 3 godziny. Zapowiadał się dosyć trudny dzień. Przed odejściem trudno było znaleźć dobry komin, chmur było mało. Przy tak niepewnej pogodzie na wyniki wpływa pewna loteryjność. Dodatkowo klasa standard miała wyłożone obszary zdecydowanie na północ, w rejon gdzie pogoda „siadła”. Było pełno średniego pokrycia, skutecznie tłumiącego termikę. Mimo to do pierwszej strefy leciało się dosyć sprawnie i ilość pokonanych kilometrów napawała optymizmem. Dopiero powrót w stronę drugiej strefy zaważył o wyniku dnia. W pewnej chwili zrobiło się całkiem ciemno na ziemi. Były do wybory dwa warianty, z których na tamten czas żaden nie dawał nadziei powrotu i ukończenia konkurencji. Długi przeskok do chmury na horyzoncie okazał się przeskokiem do pola. W połowie trasy niestety ładny pączek zaczął się rozpadać i przekreślił szanse na dobry wynik. Innej grupie szybowców, które poleciały na północ chmura zapracowała i umożliwiła dalszy lot. Pole, w którym wylądowałem jak to na Litwie to pastwisko. Niestety podczas naszego wyjazdu krowy szybko zauważyły, że odłączyliśmy elektroniczne pastuchy i rozpierzchły się po okolicznej wiosce. Pozostało szybko się ewakuować.
Scenariusz podobny do wczorajszego. Nad lotniskiem blacha, noszenia słabe, podstawa 1200 metrów. Za to na północy widać ładne cumulusy. Po raz kolejny trasa wiedzie dookoła Kowna, tym razem jednak trochę krótsza, tylko 353 kilometry. Znowu cała klasa standard znalazła się w jednym kominie przed odejściem. Również i tym razem nie oglądaliśmy się na innych i ruszyliśmy dosyć sprawnie na trasę. 20 kilometrowy przeskok na bezchmurnej i znaleźliśmy się pod cumulusami. Było trochę łatwiej, ale ciągle podstawy sięgały zaledwie 1200 metrów. Z tej wysokości łatwo zejść do parteru, za to gorzej z niego wyjść, tym bardziej jak chmury nie noszą dołem. Pewien odcinek przyszło mi lecieć trochę za nisko w przedziale 500-800 i niestety nie fazowało tak jak niektórym górą. Ale zimna krew i chwila uspokojenia sprawiły, że w końcu przestałem ślepo gonić do przodu a mądrze wjechałem pod chmurę z boku kreski pod, która znalazłem komin z 500 metrów do samej podstawy. Przed drugim punktem warunki wyraźnie się zmieniły góra rozlało się jakieś alto i dawało cień. Szczęśliwie pod nim pracowały jeszcze chmury. Długie przeskoki w rejonie punktu niestety były koniecznością. Końcówka już wychodziła pod cumulusami i bez problemu można było znaleźć przyzwoity komin dolotowy.
Długo i niepewnie Dzisiejszego dnia byliśmy pod władaniem wyżu, który skutecznie odpychał chmury znad Polski dając nam możliwość przyzwoitego polatania. Mimo to pogoda nie należała do najłatwiejszych, w większości trasy lot przebiegał pod pojedynczymi kłaczkami. Dopiero w rejonie drugiego punktu zwrotnego chmur trochę przybyło, ale z drugiej strony nie nosiły rewelacyjnie. Właśnie w tym miejscu gdzie miało być tak dobrze okazało się, że jest źle. Z sukcesem uciekaliśmy razem z Tomkiem przed całym peletonem, jednak jedno zejście niżej spowodowało, że straciliśmy cenne minuty. Potem należało odrabiać ten stracony czas i dolecieć do lotniska. A dolot układał się pod zachmurzeniem Ci . Dodatkowo chmury układały się przy strefie zakazanej. Jeden komin krążyłem 100 metrów od CTRu. Pomógł pełen zoom. Pomału widać, że niektórzy męczą się ciągłym bycie na pudle, to też popełniają błędy, tak jak dzisiaj anglik. Pogoda na najbliższe dni ma się utrzymywać więc ciągle walczymy.
Dzisiaj dla klasy standard wyłożona została obszarówka z czasem oblotu 2:30. Mimo że po wyczepieniu ciężko było znaleźć przyzwoity komin to pogoda sukcesywnie się poprawiała. Podstawy się podnosiły a noszenia rosły. Należało tylko tak odejść, aby nasuwające się pokrycie nie odcięło powrotu. Lot przebiegał bez większych problemów. Dopiero wlot w północną strefę nie był zbyt szczęśliwy. Większość zawodników poleciała po warunkach, które mi niestety umknęły. Prędkość wyszła 114 km/h. Zabrakło kilku chmur, które dały by możliwość dłuższego przelotu.
Czekałem na taka pogodę jak dzisiaj. W końcu nie martwiłem się tym, czy aby nie wiozę za dużo wody, czy nie lace za szybko lub za wolno. Pogoda podczas dzisiejszej konkurencji była zdecydowanie lepsza od poprzednich i bardziej przewidywalna. Na trasie przelotu tworzyły się szlaki a cumulusy w końcu zaczęły nosić tam gdzie powinny. Razem z Tomkiem nie zwlekaliśmy z odejściem, jak nadarzyła się stosowna okazja to polecieliśmy. Odejście było udane lecieliśmy głównie pod szlakiem bez krążenia. Za nami ruszyła duża grupa szybowców, widzieliśmy ich dolatujących do naszych kominów. Przed pierwszym punktem zwrotnym szlak schodził zdecydowanie na południe 40 stopni od kreski. Podjąłem decyzje, że polecę bardziej po kresce. Po przeskoku pod kolejne chmury, 20 kilometrów dalej zauważyłem, że od tego szlaku, z którego wyszedłem zrobiło się połączenie do pierwszego punktu. Straciłem około czterech minut. Szybowce, które były za mną znalazły się na tej samej wysokości a część wyżej. Należało przyśpieszyć i mądrze wykorzystywać ich błędy. Pomocne rady udzielał mi Tomek lecący 4 kilometry z przodu i troszeczkę wyżej. Już przed następnym punktem zwrotnym udało mi się nadrobić stratę. Ucieczka od grupy również się udała i w rezultacie na metę przyleciałem 10 minut przed szybowcami, z którymi leciałem część trasy. Na szczęście much było mało a przy dużych prędkościach „T1” nie ma sobie równych. Dzisiaj półmetek zawodów, jeszcze tyle samo przed nami. Nastroje w ekipie bojowe. A po dzisiejszym lądowaniu w polu drugiego w tabeli zawodnika widać, że nic nie jest pewne i wszystko może się zdarzyć.
Po wczorajszej krótkiej konkurencji dzisiaj organizator wyłożył dla wszystkich klas ambitne zadanie. Klasie standard przyszło zmierzyć się na tresie ponad 500 kilometrowej. Układ wyżowy jaki napłynął w obszar Pociunai miał dać pilotom piękna cumulusową pogodę. Ale jak to w tym rejonie cumulusy, mimo że są, to niestety nisko i nie noszą idealnie. Długi lot w takich warunkach jest dosyć męczący dla pilota. Pierwszy odcinek prowadził w stronę granicy białoruskiej na tamtejsze lasy. Większość standardów odeszła na trasę po godzinie 13. Początkowo warunki pogorszyły się w porównaniu do tych, które były jeszcze 30 minut temu. Dopiero na lasach przed pierwszym punktem zwrotnym można było złapać 2 metrowe kominy i dokręcić podstawę. Drugi punkt zwrotny wiódł w Polskę przez rozległe lasy. Cumulusy nad nimi kusiły i zachęcony dobrymi wcześniejszymi noszeniami poleciałem szybciej pod następne cumulusy, nad samym środkiem puszczy. Z 1200 metrów szybko spadłem na 600 metrów. Przez moment zrobiło się mało komfortowo. Pól nie było a cumulusy stanowczo się na mnie obraziły. W poszarpanym noszeniu musiałem wdrapać się na bezpieczną wysokość. To nie był koniec kryzysu, następny spotkał mnie przed jeziorem Wigry kolejny raz spadłem na 600 metrów. W innym rejonie nie przejmowałbym się taką wysokością i pewnie poleciał dalej na przeskok. Tutaj specyfika kominów nie toleruje takich wybryków. Korzystne jest dokręcanie wszystkich dobrych kominów do maksa, pod same kłaczki. Z wysokością kominy się stabilizują i staja się silniejsze a wczoraj zauważalne było szczególne wzmacnianie się pod sama podstawą. Średnia prędkość utrzymywała się w granicach 82 km/h. Nie wróżyło to nic dobrego, robiło się coraz później a do domu daleko. Do tego na ostatnim boku pogoda niestety nie ułożyła się szczęśliwie, w innych rejonach chłopaki łapali dobre kominy a tutaj nic nie można było znaleźć. Po 7 godzinach w powietrzu wylądowałem 27 kilometrów od lotniska. Doleciał tylko jeden zawodnik, lider zawodów.
Po wczorajszej polówce organizator dał nam dzień na wytchnienie i nie obciążył nas długą konkurencją. Trasa długości 252 kilometrów wydawała się dzisiaj szybką przejażdżką. Rano znad rejonu Pociunai odsunął się układ frontowy a na jego miejsce napłynęły cumulusy. Z początku bardzo gęsto i nisko ze słabymi noszeniami, potem gęsto, nisko ale już z lepszymi kominami. Trasa krótka więc można było manewrować godziną odejścia. Postanowiliśmy razem z Tomkiem, że wyczekamy licząc na to, że kominy się wzmocnią. Odeszliśmy jako ostatni, pierwsze kilometry nie były problematyczne, niewiele krążyliśmy. Dopiero przed pierwszym punktem napotkaliśmy dziurę i należało zwolnić. Do drugiego punktu lecieliśmy przez żabi kraj, pod nami rozpościerały się same pola, bez lasów, mimo to ciągle prędkość wychodziła ponad 100km/h. Dopiero gorszy rejon wokół drugiego punktu sprawił ze spadliśmy nisko. Żeby utrzymać korzystną prędkość należało złapać dobry komin, który dałby nam zwycięstwo. Niestety byliśmy w tym rejonie za nisko do tego teren był o 100 metrów wyżej niż lotnisko. Z dołu kominy nie były tak silne i stabilne. Przyszło nam lecieć od chmury do chmury nic pod nimi nie znajdując.. Do tego przez jedne złe wyjście z komina znalazłem się 150 metrów niżej od Tomka. Dużo jak na bok dolotowy. W rezultacie zabrakło nam jednego dobrego komina po drugim punkcie zwrotnym. Późne odejście moim zdaniem nie było błędem a wybór chmur przed i po drugim punkcie. Ale chmury jak kobiety „z daleka wszystkie ładne z bliska tylko 30 % a i tak nie każda da ci to czego byś oczekiwał”
Nie oszczędził dzisiaj organizator klasy standard, puszczając ją na długą 417 kilometrową trasę. Po raz kolejny lecieliśmy dookoła Kowna. Pomimo dobrego początku po ładnych cumulusach, po pierwszym punkcie widok nieba nie wróżył nic dobrego. Niestety tym razem zamiast doganiać dobra pogodę, doganialiśmy złą. Często wlatywaliśmy w rejony w których termika dopiero się budziła, po zejściu górnego pokrycia, albo dolatywaliśmy pod skraj altocumulusa, pod którym jedynym wyjściem było przeczekanie, aż coś się zrobi. Układ pogody przedstawiał się następująco:
Do pierwszego punktu układały się cumulusy a lot był przyjemny. Do drugiego dużo czystego nieba z pojedynczymi kłaczkami a przed samym punktem średnie pokrycie. Po 2 punkcie chwilowo pod cumulusach a potem bezchmurna, aż do momentu dojścia do linii frontu. Potem pozostało dokręcanie w tym czym się dało. W tych słabych kominach mimo, że większość trasy pokonałem wraz z Tomkiem bez innych szybowców tak pod koniec wszyscy znaleźliśmy się w jednym miejscu walcząc o przetrwanie. Słabe noszenia i późna godzina coraz bardziej oddalały wizję dolotu do lotniska. Na powrocie udało mi się nawet złapać komin z 200 metrów nad teren mimo, że było już po 18 i wokół pełno pokrycia. Jak się potem okazało mimo wykręcenia tam 1300 metrów to był ostatni komin dnia i pozostało tylko lotem ślizgowym lecieć do pola. W klasie standard typowa odległościówka. W punktacji drogie będą kilometry więc ten kto był wyżej w ostatnim kominie mógł przelecieć więcej kilometrów i odpowiednio być wyżej w tabeli.
LD
Dzisiejsza trasa dla klasy standard biegła dookoła Kowna i miała długość 339 kilometrów. Już się przyzwyczaiłem, że warunki tutaj nie są silne i rzadko można trafić dobry komin. Podobnie było dzisiaj, przynajmniej dla mnie. Wyjątkowo uciążliwy okazał się pierwszy bok pod wiatr. Przez dłuższy czas nie mogłem znaleźć konkretnego komina, wszystkie były porozrywane i ciasne. Po każdym przeskoku spadałem na 600 metrów i należało podkręcać a kiedy się nie trafia dobrych kominów to prędkość niestety nie jest imponująca. A tak było, mimo cumulusów na niebie nie mogłem wykręcić podstawy i jakoś solidnie się rozpędzić. Tym którym spracowały chmury mogli w miarę szybko dolecieć do pierwszego punktu, inni w tym i ja niestety musieli trochę się namęczyć. Kolejny odcinek z wiatrem pozwolił trochę podciągnąć prędkość przelotu z bardzo słabej na przystępna, ale i tak w tym rejonie trzeba było robić przeskoki w poprzek szlaków które za każdym razem układały się z kursem 30-40 stopni od trasy. Powrót na lotnisko wypadł po godzinie 18 a dolot należał do wolnych nastawiony na zasięg. Był to długi i męczący lot, nie wszystko wychodziło jakbym tego oczekiwał, mimo to cieszę się, że kolejny dzień okazał się lotny.
Pierwsza konkurencja za zawodnikami. Poranek nie zapowiadał dnia lotnego, gruba warstwa niskiego pokrycie szczelnie zasłaniała dopływ promieni słonecznych do ziemi. Podobnie zdjęcia satelitarne z godzin porannych nie wróżyły udanego dla szybowników dnia. Jednak słońce w godzinach popołudniowych zrobiło swoje i poprzepalało dolne pokrycie, zastępując go cumulusami. W czasie holi przez lotnisko przeszedł opad rzęsistego deszczu. Starty do konkurencji na czas opadu zostały wstrzymane, część szybowców z klasy światowej wylądowała na lotnisku. Na szczęście był to lokalny opad i na trasie obyło się bez lotu w deszczu. Ze zdjęć satelitarnych wynikało, że w stronę Pociunai przemieszcza się układ niżowy z kierunkiem napływu ze wschodu, dodatkowo prognozy przewidywały rozwój burz po południu. Bezpiecznym rozwiązaniem było więc wczesne odejście a celem oblecenie trasy, bez nadmiernego ryzyka. Pierwsze kilometry nie należały do łatwych, chmury ciągle się kształtowały a z dołu nie zabierały. Starałem się trzymać wysoko co przy podstawach z początku do 1000 metrów nie było proste. Trasa w dniu dzisiejszym wiodła wschodnią, dostępną dla nas częścią Kowna. Przed pierwszym obszarem o promieniu 35 kilometrów warunki zaczęły się poprawiać, natomiast czas w lusterku pokazywał, że należało by już wracać, żeby nie przylecieć na lotnisko grubo po ustalonym czasie oblotu obszarówki, który wynosił 2:30. Stwierdziłem, że dalszy lot w strefę może podnieść prędkość, ale z drugiej strony nie gwarantuje bezpiecznego powrotu. Zawróciłem w stronę 2. obszaru 16 kilometrów przed środkiem strefy. Tomek latający na Discusie 2a poleciał do obszaru bardziej zachodnią częścią i zrobił w niej więcej kilometrów. Powrót był bezpieczny i bez problemów. Pierwsze delikatne opady deszczu przyszły na lotnisko w momencie kiedy zczytywałem trasę z loggera. Konkurencja raczej remisowa, z niewielkimi z mojej strony stratami. Pierwszą konkurencję można uznać za udaną dla polskich pilotów we wszystkich klasach.
LD
Z tygodnia czasu jaki miałem przewidziany na trening przed Mistrzostwami Europy tylko 3 dni okazały się lotne. Mimo to można było poznać charakterystyczne cechy terenu, i oswoić się z litewskim powietrzem. Na większości obszaru przeważają pola uprawne z niewielką ilością lasów. Dużo też występuje łąk i zielonych pól, które termicznie nie są tak aktywne, zwłaszcza na małych wysokościach. Termika w tym okresie nie była tak wyraźna i silna jakbym tego oczekiwał. Kominy rzadko przekraczały wartość 2 m/s, do tego dochodziła niska podstawa, nie przekraczająca 1200 metrów. Duże opady deszczu przez ostatnie dni, mokre pola znacząco wpływały na rozwój termiki. Do tego dwa pierwsze loty odbywały się w burzowych warunkach i to burze w znaczący sposób decydowały o moim locie, zakrywając często punkt zwrotny a nawet odcinając powrót do lotniska. Przez to raz zmuszony byłem do lądowania na łące niedaleko rzeki Niemen. Nie były to pogody do szybowcowych sprintów, do których tak się przyzwyczaiłem będąc w Finlandii. Szybkie latanie Lsem nie będzie tu aż tak pożądane, przy takim układzie pogody jaki mamy do tej pory. Dzisiaj, 25. lipca, jest dzień otwarcia zawodów. Większość zawodników wykorzystuje ten dzień do odpoczynku przed pierwszymi konkurencjami. A prognozy na następne dni, zwłaszcza po niedzieli są obiecujące. Oby się sprawdziły i było jak najwięcej konkurencji.